opowieść z Pcimia
Było to dawno, kiedy wszyscy wierzyli, że chmurami i deszczem sterują płanetnicy.
Zwykle nie byli złośliwi, wręcz starali się pomagać ludziom. Jednego razu na wóz gospodarza wracającego z handlu drzewem z Krakowa wskoczył płanetnik w białej sukmanie. A było to na Tamie pod Godawową Górą w Pcimiu, zaś sam gospodarz był z Marchewki. Płanetnik ostrzegł, aby zwieźć całe zboże z pól, bo będzie wielka ulewa i grad. Gospodarz nie usłuchał i dopiero kiedy za dzień lub dwa przyszła ulewa i zniszczyła całe zbiory, zmądrzał, ale poniewczasie.
Czasem taki płanetnik przypadkiem spadał z chmury na ziemię. Rozpoznać go można było wtedy po długim ubraniu, niby sukmanie czy pelerynie i mokrych włosach. Taki wypadek wydarzył się w Węgłówce, gdzie ludzie pięknie ugościli płanetnika, a ten odwdzięczył się odpychając chmury tak, że przez wiele lat większe ulewy Węglówkę omijały.
Znali tę historię pcimianie, nic więc dziwnego, że kiedy jednego razu do gospodarstwa na Górzanach zapukał podczas burzy nieznajomy o mokrych włosach i na dodatek w płaszczu, lotem błyskawicy rozeszła się wieść - płanetnik! Schodzili się więc gospodarze i przynosili co kto miał dobrego. Gościa raczono jadłem i napojami cały dzień, na długo po ustaniu burzy. Można sobie wyobrazić zawód pcimskich gazdów, jak nieznajomym okazał się geodeta z Krakowa, który zabłądził podczas nawałnicy.
Dobre chęci nie poszły jednak na marne - wkrótce za sprawą tego geodety gościnność pcimian rozniosła się szeroko i zaczęło tu przyjeżdżać wielu letników, którzy płacąc za pobyt dali nieźle zarobić tym, którzy tak honornie ugościli niespodziewanego przybysza. Działo się to nie tak dawno, niecałe sto lat temu.
Do rozpędzania chmur służyły dzwonki loretańskie. W okolicy dzwonki takie były w Tenczynie, na roli Kaczmarczykowej, na Łopusznem nad Pcimiem i w Trzebuni na roli Sufletowej. Tylko ten ostatni ostał się do dziś. W taki dzwonek trzeba było bić z całych sił, tak że często dzwonnikom od dzwonienia aż chciało się spać. Głos dzwonka rozpędzał burzowe chmury.
Ponoć kiedy umarł Stalin, to dzwonnicy z Łopusznego zadzwonili mu na tym dzwonku i odtąd stracił on swoje ochronne właściwości.
Spisal Piotr Sadowski